Zbynia versus Armani


Fragment powieści „Robczik“, napisanej współczesną miejską gwarą, którą posługuje się młodzież mieszkająca na wileńskich osiedlach. Fragment jest w trakcie tworzenia. Bardzo zależy mi na Twojej opinii, więc wyraź ją.

autor Bartosz Połoński


Na telefon mnie zadzwonił Robczik.
— Alio, Andriucha? Dzisiaj pójdzim do Jana Pawła na dziskon.
Do tej szkoły ja czasami chodził na spotkania samorządowe, ale na dyskotece ja nigdy nie bywał i mnie było bardzo ciekawie jak tam ludzie tusują się.
Ja włożył czyste dżinsy, podmył podpachi i napszykał się dezodorantem. Na stole byli rozrzucone skrajutės z Akropolisa. Między nimi ja znalazł swój prawie pusty kaszylok.
Ja powalił na przystanek.
Robczik jak zawsze żuł gumę i ciskał telefon.
My siądli na 19 trolejbus i pojechali do Virszuliszek.
Koło kiosków ja wmazał piwo, Robczik schował swoją Starkę do kieszeni i my poszli na dyskotekę.
Zapłacili za wejście i weszli do środka. Szkoła była słabo oświetlona i wszędzie chodzili jakieś cziuwaki i patrzyli na nas jakby my byli nieswoje. Muzyka biła coraz mocniej i my doszli do miejsca, gdzie ludzie tańczyli.
Było zupełnie inaczej niż w naszej szkole.
Tutaj dziskon wyglądał jakoś bardziej profesjonalnie. Ludzie zachowywali się naturalnie, nikt na nikogo nie czekał, cipa moł kto kogo zaprosi. Czuło się, że ludzie wiedzą, że dyskoteka kończy się i nie warto tracić czasu na czekanie. Na każdym kącie ktoś czymś zajmował się. Jedni sasutsa pod miedlak, inni tańczą i coś piją z płasmasowych kubków, ktoś inny oglądał wideo na telefonie. Koło DJ'a dymogenerator wypuskał dym i cała sala była w tumanie. Ciołek było dafiga.Wszystkie byli nie zajęte. Ja zauważył jednej ciołki, która mnie gdzieś widziana. Ja podszedł do niej. Ona na mnie też popatrzyła. Ja nie chciał pogubić się i powiedział:
— Ty mnie gdzieś widziana…
Ona nic nie odpowiedziała i odwróciła się w stronę swoich koleżanek. Potem znowu popatrzyła na mnie. Ja uśmiechnął się i wspomniał skąd jej wiem...
— Aha! — mówia.
— Co takiego? — Ona pyta się uśmiechnięta.
— Ja ciebie pamiętam z majówki na Rossie. Ty w mundurze harcerskim koło Piłsudskiego śpiewała „Majowa Jutrzenka“. — Tak, tak, ja jej pamiętam. Ja za bardzo harcerzy nie wtykaju, ale tamtego dnia jak ja jej zobaczył w mundurze, to zapamiętał na długo, bo ona wyglądała realnie sexy i pośle tego mnie harcerze zawsze przypominali tej ładnej panienki.
— Ale fajnie, że pamiętasz… Ja cię chyba też na majówce widziałam — ona na chwilę przymrużyła się — a no tak! To ty przecież z kolegą tam byłeś. Mieliście swoją ladę na Rossie. Sprzedawaliście wodę turystom z Polski!
Prikiń...
Ona tak czysto po polsku mówiła, że ja aż troszkę zaparił się, bo poczuł się jak z wioski.
— Ja myślał, że harcerze na dyskoteki nie chodzą. — mówia.
Ona na mnie tak popatrzyła, że ja poniał, że liapnął ni w ciemu.
— A ty skąd jesteś? — Zapytała.
— Mnie nazywać Andrzej.
I wtedy do nas podbiegł Robczik, zaczął nachalnie na nas patrzeć i zapytał:
— E, wy czego stoicie? Może wam oficjalne zaproszenie tusawatsa przysłać?
Robczik nam przed nosem zaczął machać ręcami. Ciołka zaczęła uśmiechać się i naturalnie zaczęła tańczyć, powtarzając durnowate ruchy Robczika. Ja zrobił to samo. My we trójka tańczyli pod niezły muzonczik, cipa house. Ona zajebiś tańczy. Mnie przyjemnie było na niej patrzeć. Trzecia piosenka była ruska papsa i wsie razem poczuli, że dawaj odpocznim.
Me zeszli na stronę. Robczik zaprygnął na parapet. Ja zapytał ciołki, czy ona chce coś popić. Ona powiedziała, że minerałki. Ja poszedł do cziuwaka, który sprzedawał napitki. Sobie wziął kola i dla ciołki minerałka.
— Proszę — mówia.
— Ile jestem ci dłużna?
Toż nie na Rossie sprzedaję. Częstuję. — mówia z ułybonem.
— Dziękuję — uśmiechnęła się.
Robczik odchylił swoją kurtkę i pokazał, że u niego w zanaczkie Starka. Ciołka zobaczyła butelkę, odwróciła się i poszła w strona swoich koleżanek. Robczik schwycił moją kolę i wlał do niej Starkę.
— I co, twoja ciołaczka smatałaś, chyba nie da dzisiaj. — powiedział Robczik, wychylając kolę i wypijając połowę butelki.
— Blin, tu wapszie możno buchać? — pytam.
— Tu nie możno, tu trzeba.
Robczik na chwilę przymrużył się i zaczął bardzo uważnie patrzeć w dal.
— Opa! Opa! Opa-pa! — Robczik zeskoczył z parapetu i podszedł do jakiegoś cziuwaka w skórzanej kurtce. Oni dali jeden drugiemu mocny pitak i objęli się jak dwa bratany.
— Ty gdzie przepadł, pacan? — zapytał Robczik.
— Ja to tutaj uczę się. A wo ty gdzie przepadł? I jakiego chiera ty w naszej dziurze robisz? — zapytał cziuwak w skórzanej kurtce.
Robczik mnie z nim zapoznał. Zbynia to cipa jego trajuradny brat albo coś w rodzaju krewnego. Zbynia odmówił Robcziku Starki i oni opowiadali jeden drugiemu co i jak. Ja tam połowy nie słyszał, bo muzon walił bardzo mocno.
Karoczie, pacany, jedzim do mnie w Zujuny, a to tutaj taska, jak zawsze.
Zbynia nawet nie czekał na naszą odpowiedź. Robczik poszedł za nim i zawołał mnie machając ręką, żeby ja nie tarmaził. Ja popatrzył na harcerki, ale ona rozmawiała ze swoimi koleżankami i jej na mnie było giliai pochuj. Ja powalił za pacanami.
W Jana Pawła bardzo fajny podwórek, bo on znajduje się w środku szkoły. My podeszli koło nuliowego mersa. Pizdziec, jaka krasawa
Bacia podarował na urodziny. — Zbynia cyknął pulcik i zaczął opowiadać pra audzio sisciema, wsie pribambasy i dziła. Mers był pomyty i cały błyszczał, jak z salonu. — Ja cziuwaki wam mówia, z tej tacziły ciężko wyleźć, tu wsio tak pysznińka zabacana
Zbynia otworzył drzwi i zaprosił nas do środka.
Ja siedział na tylnym siedzeniu. Basy tak mocno walili, że ja nie słyszał pra co oni rozmawiali. Ja tylko czuł zapach nowej maszyny i patrzał przez okno na nocne Justiniški. My przejechali zakreślony znak „Vilnius”.
Zbynia zakręcił na rejon nowych, dobrze oświetlonych domów. My podjechali pod bramkę, która otworzyła się automatycznie. Zbynia zatrzymał maszynę i my z niej wyleźli. Przed nami stała trzypiętrowa chata. Na podwórku był basen i jeszcze jeden Mers.
— Wo, nasza fazenda. — Powiedział Zbynia wybierając cyzy. Oni mnie z Robczikiem częstowali cyzą, ale ja odmówił. — Ty zajdzi do garażu. My popalim, zaraz wrócim.
Ja zaszedł do garażu.
W środku był nuliowy euro remont, jeszcze jeden sportowy Mers i britwa. Dalej był stół biliardowy, a przy nim stał jakiś mużyk, który palił cygaro i pił wiskarik. On czuć stał na nogach. On mnie zobaczył i zapytał:
— A czemu to bez dam?
Ja odwrócił się do tyłu zobaczyć czy nie ma Zbyni z Robczikiem.
— Rad tobie jedną dam. Bierz polskie baby. Z łabaśnią zajmować się nie ma tołku
Mużyk podmazał pałkę biliardową i próbował wbić kulę, ale nie popadł.
— …a najlepsze to Azjatki — dodał.
On był realnie buchoj.
On jak patrzał na mnie, to wyglądało jakby on mnie wapszie nie widział.
— Ty myślisz to wsio z nieba spadło? — On machnął ręką naokoło. — Zbyszek tobie nie opowiadał jak ja w 90-ych z Chin szmaty woził. Ja pilotu wziatka dawał, żeby on mnie pozwolił worki z ubraniem po sufit zapchać w kabinie samolotu. Ja potem na tych workach i spał…
Mużyk popatrzał na usiliciel, który stał w za stołem biliardowym, pod ogromnym telewizorem i dalej mówił.
— Potem widziaki i aparatura z Taiwanu woził. Babki w ziemi zakopywał, chował pod beton.
— On podszedł do mnie, objął pod ramię i pokazał na ścianie zdjęcie z jakimś cziuwakom.Apasna było żyć. Kolegi mojego tak i zatyrkali, że rekiet nie zapłacił w czas…
U mużyka zrobili się szklane oczy.
.On na mnie popatrzał i powiedział:
— Ciebie jak nazywać?
— Andrzej — mówia.
— Ty gdzie pracujesz?
— Ja w szkole uczę się. Ale ja rozdaje skrajutės w Akropolisie.
Mużyk uśmiechnął się i wypił jeszcze wiskarika.
— Ja tobie powiem sekret. Nie ręcami, a mozgami trzeba zapracowywać. W Gariūnai całe życie nie przestoisz.
Do garażu wszedł Zbynia z Robczikiem. Mużyk popatrzał na Zbyni.
— Ty im Zbyszek nie opowiadał jak ja na Vasaros siedział?
— Przestań, tata. — przerwał Zbynia.
Mużyk dopił wiskarik i wychodząc powiedział:
— Co u was kasy nie ma na miasto wyjść, że sami w chacie siedzicie?
Ja zaczął zbierać kule i rozstawiać na stole, ale Zbynia zabrał pałki biliardowe i powiesił na ścianie.
Karoczie, pacany, jedzim du Forum. Nie ma co czasu tutaj tracić. — Zbynia dopił piwo i wywołał taksówkę. Póki czekali, Zbynia nam opowiadał pra różne fiszki, które jego baciok kupił: nowy cielik, audio sisciema zamontowana w ścianie, nowa mabiłka, nuliowa britwa.
Kiedy my podjechali pod Forum, przy wejściu stali same nuliowe taczki. Kiedy my stali przy wejściu, ja poczuł, że moje ubranie troszkę za proste, ale apsauga mnie przepuściła. My zaszli do środka.
Tam stali mużyki, zdarowe takie, jak szkafcziki. Bab było cztery razy mniej. Wsie baby takie nakraszene, jak jakie szluchi. Cziuwaki wsie realne agriesary i napiczkane anabolikami. Oni ciskali telefony, a wszystkie baby pili jeden i ten sam koktajl. Muzon – też gawno. Ja szedł za Zbynią i Robczikiem w stronę baru. Tam było kilka bab, takich bardziej normalnych, ale widać było że takie małalietki i było widać, że czekają na tych agriesarów, póki oni poczęstują ich jakim napitkiem. Oni udawali, że nas nie widzą, ale Zbynia do nich podszedł i coś tam zagadał, i wtedy my wsie poszli tańczyć. My tańczyli, ale ja nie czuł z nimi kontaktu. Ja na siła machał ręcami pod muzyka, która mnie po prostu muciła. My trzech tańczyli z dwiema ciołkami.
Ja próbował zagadać do jednej ciołki, ale ona udawała, że nie słyszy i tańczyła dalej. Ona starała się na mnie nie patrzeć. Ja pomyślał, że w Jana Pawła było sto razy lepiej i tam była ta fajna harcerka…
My potańczyli cztery piosenki i Zbynia zabrał nas na zewnątrz
— Puszli, pupalim. — Zbynia wyciągnął cyzy. Chciał mnie poczęstować, ale ja odmówił.
— Jakoś tuskławata tutaj, — powiedział Robczik, — mało bab i cziuju więcej nie będzie. Trzeba matać gdzie indziej.
— Da, narmalna, dawaj jeszcze patusujem się — odpowiedział Zbynia.
— W Jana Pawła lepsze ciołki byli — mówia.
— W Jana Pawła tam swoje i nie ma czego tam dziorgatsa — odpowiedział Zbynia.
My poszli na zewnątrz. Niedaleko nas stali jakieś trzy cziuwaki w kitajskich tatuirowkach. Jeden z nich miał majkę Armani. Oni stali koło nowej czarnej bemki i coś tam pra niej gadali i nogami postukiwali w koło.
— Chujnia. Pieciorka. Dzieriewienski saraj. — zauważył Zbynia.
Armani zauważył, że my obgadujemy ich taczkę.
Valkatos, blet. — spokojnie powiedział Armani swoim drużkam i patrzał prosto w naszą stronę dopalając swoją cyzę.
Ja popatrzył na swój niemyty dżempier.
Zbynia skorczył roża.
Kto, bliać, wałkata? Ty na kogo tutaj, bliać, jebalnik odkrył? Urod. — Zbynia to powiedział tak, że słyszeli tylko my z Robczikiem.
Armani palił cyzę i śmiejąc się patrzał na Zbynię, my stali trochę z tyłu i nie wtrącali się.
Pšekas, kurva. — liapnął Armani.
Kas, blet, yra? Tu žinai su kuo tu bazarini, suka? — odrzucił Zbynia takim na wpół spokojnym głosem.
To już Armani usłyszał.
Žinau. Su kažkokia lenkiška nuopisa! - odpowiedział Armani. Jego drużki zaczęli głośno rżać.
Zbynia patrzał na Armani i jemu zaczęli trząść się ręce.
Ja poczuł jakiś napriag. Zbynia wsunął ręka w swoją korzę…
Ką tu čia gaidy ištraukei, davai… — Armani nie zdążył tego powiedzieć, kiedy Zbynia wybrał z kurtki gazawyj bałonczik i zaczął pryskać w stronę Armani. Wsie naokoło zaczęli kaszlać i arać, prosząc, żeby Zbynia uspokoił się. A Zbynia zaczął psichować i pryskać naokoło. Ja też poczuł gaz i my z Robczikiem odeszli w stronę. Obok stali taksisty, które schwycili jego za korzę i położyli na asfalt. Drugi taksist zacisnął jemu rękę i wybrał bałonczik. Armani, na wpół przymrużony podbiegł do Zbyni i z całej siły jobnuł Zbyni po twarzy. Ja szybko podbiegł do nich i z nogi jobnuł Armani w brzuch. Armani upadł na ziemię.
Tam trochę dalej stał Passat i przez okno głowę wysunął trzeci taksist:
— Siądajcie szybciej w mator, zawiozę póki minty nie przyjechali.
My z Robczikiem podnieśli Zbynię i wsadzili do taksówki. Armani coś próbował do nas mówić, ale taksist szybko zapalił dwiżoki my odjechali.
— E, Zbynia? Słyszysz? — Robczik zapariny powtarzał, ale Zbynia nie odzywał się.
— Gdzie was wieźć? — zapytał taksist.
— W Zujuny wieźć. — Mówia.
Dziecki sad, bliać. W moje czasy to kurwa nożami bawili się. Każdy srany dzień kogokolwiek zatyrkali. DziewienostyjeNepriklausomybė… Wo, wtedy to strasznie było. A teraz to same cyrki.
Zbynia zaczął ruszać się.
— Trzeba było puszka brać… U mego baćki w garażu leży… Suki łabasa zastrzeliłby nachuj. — W końcu odezwał się na wpół przytomny Zbynia.
— Zajebiś! Sława Bogu! — Wzdechął Robczik — Bliać, jak ty mnie zaszugał. Ja myślał tobie już pizda.
— Suka, bliać, nos boli, cziuju piriłom. — Ledwo wymówił Zbynia.
— Szafior, jedzim w Lazdynai do szpitala. A w drug u niego piriłom… – mówia.
Ja odkrył okno w maszynie. Do środka weszło troszkę świeżego powietrza. Na ulicach było pusto, tylko jeździli taksówki, czasami przechodziła jakaś pijana chiebra. Ja nawet nie zauważył jak szybko my podjechali do Lazdynai.
My weszli do pierwszej pomocy, tam byli same bamży i pjane urliki. Zbynia acziuchałsia. Pieriełomu nie było, ale zaszyć trzeba było. Zbynia coś tam kręcił, że chce wrócić do Forum i zajeboszyć Armani, ale my z Robczikiem jego uspokoili. Na taksówkach rozjechali się po chatach.
Było koło 3 w nocy. Ja cicho zaszedł do swojego pokoju i wlazł w łóżko. Ja zamknął oczy, przypomniał tej harcerki z Jana Pawła i nawet nie pamiętam jak zasnął.

Koniec.
Jeżeli chcesz otrzymać nowe darmowe fragmenty Robczika, wpisz swojego emaila:

Podoba Ci się „Robczik”? Bardzo byłbym wdzięczny za podzielenie się na fejsbuku lub z przyjaciółmi. Dzięki! 🙏

Share on facebook